VII Obwód "Obroża" Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej
:::  Aktualna pozycja:  Rejony Obroży / Rejon VII - 'Jelsk-Jaworzyn' - Ożarów Maz. / Atak na Dworzec Gdański  :::

Oddziały puszczańskie atakują Dworzec Gdański

     20 sierpnia przed południem mjr "Okoń"1zwołuje naradę dowódców pododdziałów leśnych, które przybyły w dwóch rzutach na Żoliborz2. Na odprawie informuje dowódców, że z rozkazu KG AK dzisiejszej nocy oddziały leśne mają dokonać ataku na Dworzec Gdański i po zniesieniu jego niemieckiej załogi przedrzeć się na Stawki i dalej na Starówkę.

     Główny atak będzie prowadzony od południowej strony Żoliborza pomiędzy ulicami Felińskiego i Instytutem Chemii, przez tory kolejowe po zachodniej stronie Dworca Gdańskiego. Po przejściu przez tory i likwidacji punktów obrony nieprzyjaciela natarcie będzie prowadzone w kierunku magazynów na Stawkach - pomiędzy ulicami Młocińską i  Kłopot - i w tym rejonie ma nastąpić spotkanie z naszymi oddziałami ze Starówki, nacierającymi w naszym kierunku.

     Wezwanych dowódców zobowiązano do ścisłej tajemnicy o natarciu i jego terminie, wyznaczając kolejną odprawę na godz. 14:00 dla szczegółowego wglądu w teren przewidziany do ataku. Po odprawach i poszczególnych kompaniach, około godz. 20:00 rozkaz natarcia zostaje doprowadzony do wszystkich żołnierzy.

     Nasz pluton, dowodzony przez ppor. "Puchałę"3obejmuje żołnierzy dywersji bojowej oraz oddziałów liniowych z Rejonu VII  "Jelsk", łącznie 40 ludzi. Następują przygotowania do walki4. Około godz. 22:00 opuszczany kwatery i udajemy się na pozycję wyjściową do natarcia. W ciszy zajmujemy stanowiska. Ostatnie rozkazy przypominają ustalony szyk plutonu w natarciu; oczekujemy na rozpoczęcie akcji.

     Na rozkaz mjr. "Okonia" rusza pierwszy rzut. Oddziały mają do torów około 300 metrów. Ale jest to goła przestrzeń, bez żadnych osłon. Pełne pole rażenia - czyli pole pewnej śmierci. Pierwszy rzut ma już poza sobą blisko połowę terenu. I nagle kończy się cisza i mrok. Nieprzyjaciel wystrzeliwuje dziesiątki rakiet i rozpoczyna morderczy ogień. Robi się jasno jak w słoneczny dzień. Cały pas natarcia od torów do południowych krańców Żoliborza zostaje pokryty ryglowym ogniem ciężkiej broni maszynowej. Pociski ekrazytowe i świetlne padają na każdy metr kwadratowy. Zaraz po tym do akcji wchodzą granatniki i moździerze. Niemcy strzelają trochę na oślep, ale pociski wybuchają bardzo gęsto. Leżymy na skraju tego terenu, zaledwie kilkanaście metrów w głąb. Jesteśmy w takim ostrzale, że  trudno się poruszać. Od strony Żoliborza do walki włączają się nasze ckm-y i moździerze. Tymczasem nad terenem czerwone rakiety - to Niemcy żądają artylerii. I  za chwilę jesteśmy przygwożdżeni ogniem artyleryjskim. To wszystko stwarza odczucie nierzeczywistości. I do tego dochodzi jeszcze wprowadzony przez Niemców od strony Cytadeli pociąg pancerny ze swoją siłą ogniową. Nie do uwierzenia, co się tu dzieje!

     I nagle, w tę apokaliptyczną scenerię, dochodzi głos. Słychać coraz wyraźniej, że ktoś dyktuje tempo: "Raz, dwa, trzy, cztery - lewa!" Za chwilę wyłania się sanitarny patrol kobiecy, wynoszący pierwszego rannego z pierwszego rzutu. Uchylają się, przyklękają, padają i znowu się podnoszą, ale ciągle z rannym na noszach. I ciągle do przodu, do punktu sanitarnego. Odwaga? Tak, ale i  poświęcenie, i bohaterstwo. Nic bardziej nie może nam służyć za przykład patriotycznej determinacji, a  także głębokiego humanitaryzmu. Dzielne, wspaniałe polskie dziewczyny te nasze sanitariuszki!

     Za chwilę dalsze głosy kobiece, dalsze patrole. I tak już będzie do samego końca. Natarcie się zakończy, a sanitariuszki będą dalej penetrować teren, niosąc pomoc rannym i płacąc za to  najwyższą cenę.

     Gdy osiągamy połowę odległości od torów, widzimy wiele postaci wycofujących się w naszą stronę. Napotkani żołnierze pierwszego rzutu przekazują nam informacje, że próby sforsowania zasieków i bunkrów nie powiodły się, a straty w ludziach są znaczne. Następuje wycofanie się na całej linii. W tej sytuacji nie mamy też innego wyjścia. Dostaję meldunek, że "Puchała" jest ranny. Wycofujemy się z tego piekła, a  każdy krok czy metr jest równie trudny, jak niebezpieczny.

     Pluton zbiera się przy podstawie wyjściowej. Stwierdzamy brak trzech ludzi, których śmierć potwierdzają koledzy. Rannych jest kilku żołnierzy, w tym dowódca plutonu. "Puchała" przekazuje mi dowództwo. Wracamy do naszych kwater, po czym rannych kierujemy do punktu sanitarnego. Jesteśmy bardzo zmęczeni i przeżywamy gorycz porażki.

     Mjr "Okoń" uważa, że  walczące oddziały "za miękko" atakowały nieprzyjaciela.

     Otrzymujemy zadania ponownego natarcia. Dla większych szans jego powodzenia, uderzeniu ze strony Żoliborza będzie towarzyszyło równoległe uderzenie w naszym kierunku, od strony Starówki.

     W ciągu dnia jest organizowana akcja specjalna. Zostaje sformowany oddział z puszczy, który poniesie broń i amunicję na Starówkę, przy wykorzystaniu przejścia kanałami. Po niedługim czasie oddział, w liczbie ponad 40 ludzi pod dowództwem ppor. "Kiejstra"5, wyrusza do akcji. Żegnamy ich, życząc powodzenia. A wielu naszych kolegów z chęcią dołączyłoby do tej grupy.

     Około godziny 19:00 mjr  "Okoń" ponownie zwołuje naradę dowódców pododdziałów puszczańskich. W naradzie uczestniczą ppłk "Żywiciel"6ze swoim sztabem oraz kilku oficerów w  cywilnych ubraniach. Jednym z nich jest generał "Grzegorz"7, który przybył kanałami ze Starówki, aby pokierować naszym natarciem.

     Czy są pytania? Jeden z  dowódców kompanii ponownie podnosi sprawę miejscowych przewodników, ponieważ żołnierze oddziałów puszczańskich nie są obeznani w terenie, którzy mają zdobywać. Inny dowódca pododdziału podaje, że jego żołnierze nie są wystarczająco wdrożeni do walk w mieście. Nadto czy  wobec skutków, jakie towarzyszyły wczorajszemu natarciu, istnieje celowość wyboru tego samego terenu.

     Zabiera głos gen.  "Grzegorz". Oświadcza, że Komenda Główna AK bardzo liczy na wyniki dzisiejszego natarcia i pomoc dla walczącej Starówki. Nieprzyjacielowi trzeba pokazać naszą siłę ofensywną. Dowództwo równocześnie zdaje sobie sprawę, że  dla wielu atakujących żołnierzy to natarcie może się zakończyć osobistą tragedią, ale tu wykuwa się historię.

     W zakończeniu podaje, że natarciu ze strony Żoliborza będzie towarzyszyło przeciwuderzenie ze strony Muranowa i Starówki.

     Bierzemy udział w  natarciu w batalionie kpt. "Mścisława", w składzie kompanii dowodzonej przez por. "Marysia"8. Obok nas, po lewej osi, będzie nacierał batalion por.  Witolda".

     Z dowódcami drużyn ustalam szyk naszego plutonu w natarciu. Po lewej stronie atakuje drużyna kpr. "Maksa"9, po prawej stronie drużyna podch. "Tworzymira"10. Jako dowódca plutonu wraz z gońcem będą w  środku szyku przy trzeciej drużynie "Andrzeja"11.

     O godz. 2:15 rozpoczynamy natarcie. W ciszy rozpoczynamy szybki marsz, a potem bieg w kierunku torów. Ale już na początku natarcia poszczególne oddziały nie wychodzą równocześnie, co powoduje, że zaczynają one tracić właściwy kierunek w szyku oraz ustalone uprzednio odległości i tym samym łączność międzyoddziałową, tak istotną w warunkach nocnej walki.

     W szybkim marszu pokonujemy niemal połowę odległości do torów. W tym momencie rozpoczyna się straszliwy ogień. Cały teren zostaje oświetlony rakietami. Równocześnie nieprzyjaciel prowadzi ogień wszelką bronią, jaką dysponuje. Jesteśmy w środku piekła, ostrzeliwani z trzech stron. Biją w nas ciężką bronią piechoty i artylerią, Cały teren jest bez przerwy pokrywany tysiącami pocisków. Mamy już kilku zabitych i rannych.

     Nasze cekaemy wstrzeliwują się w widoczne, siejące ogniem bunkry obrony nieprzyjaciela. Każdy nasz ruch w tych warunkach wydaje się niemożliwy. Ale rozkaz obowiązuje. Jesteśmy przygwożdżeni i do przodu możemy się posuwać tylko czołgając. Bardzo powoli zbliżamy się do torów. Łączność z sąsiednimi oddziałami nie istnieje. Zaczynamy ostrzeliwać pierwsze linie bunkrów, ale efekty tego są mizerne. Podczołgujemy się bliżej. Przed linią torów rzucamy granaty w kierunku bunkrów. Też niewiele to  daje. Z prawej strony podrywa się do ataku drużyna "Tworzymira". Próbują przeskoczyć tory, ale w tym momencie dostają się pod silny ogień i cała niemal drużyna ginie. Z lewej strony pod tory podchodzi drużyna "Maksa". I równocześnie zajeżdża nad drogę pociąg pancerny, prowadząc ogień z dział i kaemów. Drużyna "Maksa" znika z naszego pola widzenia.

     Pancerka powoli zwalnia i zatrzymuje się, cały czas prowadząc ogień. Słyszymy wyraźnie głosy niemieckich żołnierzy załogi pociągu. Nieruchomiejemy, aby nas nie dostrzegli. Każda chwila wydaje się wiekiem. Co będzie, jeśli pociąg zatrzyma się na dłużej?

     I nagle pancerka rusza w kierunku zachodnim, gdzie atakuje prawe skrzydło naszego batalionu. Mijają bardzo długie minuty, w czasie których pociąg się oddala.

     Wtedy jakieś postacie wyczołgują się z torów. Czekamy w napięciu. Jeśli to  nieprzyjaciel, dopuścimy ich jeszcze parę metrów. Ale to  są nasi! To drużyna "Maksa". Oni wczołgali się pod stojącą pancerkę i tam przetrwali.

     Mamy przed sobą bunkry. Jest ich cała sieć i mają możliwość ostrzału we wszystkich kierunkach. Pomiędzy nimi rowy i stanowiska strzeleckie. Nie wystarczy przeskoczyć przez tory, by atakować dalej.

     Wycofujemy się czołgając. Ciągły ostrzał nie pozwala na oderwanie się od terenu, który jest ryty przez pociski. Lecą na nas odłamki i wyrwana ziemia. Przed nami jeszcze około kilkudziesięciu metrów. Nagle słyszę huk, a potem mam ciemno w oczach. Po chwili wraca świadomość i  stwierdzam, że to tylko kontuzja.

     Powoli zbliżamy się do punktu naszego wyjścia. Po osiągnięciu zabudowań zbieram pluton. Wielu z nas brakuje. Penetrujemy teren wzrokiem w oczekiwaniu na dalszych żołnierzy. Przez kilka godzin kobiece patrole sanitarne (z opaskami Czerwonego Krzyża) dokonują prób dotarcia do rannych. Ale każda niemal próba pochłania nowe ofiary. Niemcy strzelają do każdego ruchomego celu. Do pierwszego natarcia wyszło nas czterdziestu. Po drugim pozostało ponad piętnastu, w tym kilku rannych i kontuzjowanych.

     Do kwater dochodzą dalsze wieści z nocnych walk. Oddziały liczą straty. Zginęło około 350 ludzi, Wśród poległych są dowódcy kompanii, plutonów i drużyn. Większość poległych żołnierzy była znana w swych oddziałach przeważnie z  pseudonimów. W tych warunkach ustalenie ich nazwisk opierało się na pamięci najbliższych kolegów, jeśli przetrwali oni te walki. W innym przypadku polegli oni śmiercią Nieznanych Żołnierzy.

     Rozkaz dany oddziałom puszczańskim na dotarcie do Stawek i Starówki drogą przez Dworzec Gdański okazał się niewykonalny.


Skrócona relacja Andrzeja Paszkowskiego ps. "Dzik", "Kord"




1Mjr Alfons Trzaska Kotowski "Okoń"" w  Powstaniu dca bat. "Pięść" Zgrupowania "Radosław", wysłannik KG AK po pomoc do Kampinosu, dowódca obydwu natarć na Dw. Gdański, od 23 VIII 44 dca Grupy Kampinos (po rannym "Szymonie"), poległ pod Jaktorowem.

2Pierwsze oddziały wyruszyły 15 VIII 44 w sile ponad 700 żołnierzy. Na skutek dezorientacji w m. Powązki 500 żołnierzy dotarło na Żoliborz, pozostali wrócili do puszczy. W dniach 19-20 VIII mjr "Okoń" przyprowadził z puszczy ok. 550 żołnierzy.

3Jerzy Dudziec, organizator KOP w Legionowie, dca 2 komp. Bat. "Znicza" i instruktor SPRP, w 1943 przeniesiony na stanowisko "Egzekutora" VII Rejonu "Jelsk", po powrocie do puszczy adiutant dcy Grupy Kampinos, mgr inż. rolnik, zmarł w  1981 r.

4Wyposażenie drużyny stanowiły: 1 rkm, 4 pm, 7 karabinów, granaty oraz  amunicja w takiej ilości, ile można było jej udźwignąć.

5Ppor. Jerzy Rybka.

6Ppłk Mieczysław Niedzielski.

7Gen. Tadeusz Pełczyński, szef sztabu KG AK.

8Por. Marian Wysocki.

9"Maks", kapral (NN), dca drużyny w Ożarowie ODB "Jelsk". Doświadczony żołnierz i dowódca wielu akcji dywersyjnych.

10Grzegorz Mizerski, kpr. podch. Dowódca drużyny z Włoch ODB "Jelsk". Jeden z  najdzielniejszych żołnierzy dywersji, dca wielu akcji.

11Andrzej Matuszewski, kapral, żołnierz ODB "Jelsk".

ŚWIATOWY ZWIĄZEK ŻOŁNIERZY ARMII KRAJOWEJ
Zarząd Okręgu Warszawa-Powiat
Środowiska: "Obroża" i "Grupa Kampinos"

ul. Braci Załuskich 7, 01-733 Warszawa
szzakowp@ibprs.pl